0006-5657-7art-00004_green-mountain-tops_b_sml_120

Zielona góra

Autor:  Kuba Niklasiński
Gatunek: Poezja
Data wydania: 2001
Data dodania:  09 listopada 2012, 18:12:44
ISBN: 83-914748-7-9

Krótki opis:

PIERWSZA

Fragment:

Kuba Nikasiński

"Zielona góra"

 

 

 

 

 

Koniec lata

 

Słyszysz? Świerszcze strefy dają z siebie wszystko.

Za chwilę już tylko napięty ekran ciszy, w której

słychać inne owady, przezroczyste, powolne

zawisłe nad poruszającymi się ciałami. Hm?

Powiedzmy to w następujący sposób. A potem

już napięty program ciszy, w której słychać

tylko to inne, przezroczyste, powolne, zawisłe

nad poruszającymi się przekaźnikami ciał.

 

Muzyka? Miasto? Podróż ma to do siebie

że nigdy się nie kończy, powiedział cicho.

Wszyscy podróżujemy, każdy na swój sposób

dodał po chwili, po czym nabił swego

Kapp & Peterson’a, wypalił w skroń

i usadowił się wygodniej w fotelu, jakby miał

jeszcze chwilę odsapnąć, a potem wstać i

zaraz za progiem, wsiąść do pociągu

relacji Kraków-Legnica. Potem przesiadka.

 

Przesiadka. Tych jej znów, z nagła zgromadzonych

Sześć zmysłów jest tym, co czyni jego podróż

nad wyraz wyrazistą, skąpaną w nienazwanych

tnących linię brzegu barwach, które wdzierają się w głąb

forsują falochrony, sprawiają, że wilgotnieje piasek

zaglądają w oczy i na powierzchni

możemy bawić się w cokolwiek, ale tam

w ciszy głębokiego snu na jawie, jest początek

z końcem. Jak szeroko rozwarte usta ciemności?

Wspólny prysznic, kiedy na dworze zastyga

Letni wieczór. I mam nadzieję, że wiesz

co wśród ludzi delty oznacza gładkie jak

gwiazda wyrażenie: letni wieczór?

Powiedzmy to w następujący sposób.

 

 

 

 

Airways

 

Więc dobrze, budziliśmy się w środku nocy

By liczyć trajektorię w kierunku jej obrzeży

Poprzez obłoczki lśniącego pyłu. Jak wiele

Zawdzięczaliśmy dyplomacji katapulty: błogo

Opadać na przygotowany „wieki temu”

Wrak ciemności (prawda?), poza lądowisko

Mgławicowych mrzonek na temat słońca.

 

I tajemniczy wiatr we włosach, zmieniający

Rysy twarzy, kiedy z tego tu nocnego stolika

Zbierało się zapalniczkę i klucze, myślami

Lustrując rozkład jazdy (ależ tak!) nocnego

Autobusu. (z gorzką miną zostawić senną

Słodycz samej sobie). Zapewne: mapę nieba

Od dawna obracałem w ustach jak landrynkę.

 

Urok lądowania w centrum katastrofy (tyleż

Dyskretny, co „nieodparty”) po całodobowym

Szybowcowaniu po peryferiach gwiazdy mówił

Sam za siebie: koniec końców wynikniemy

Po angielsku z turbulencji niezadowolenia i nie

Wiadomo, komu dziękować, że ma się akurat

Dwie ręce. W sam raz, by jedna dotknęła drugiej

 

Spoczywającej na drążku steru? Poważnie? Chyba

Jednak mnóstwo „nadzwyczaj wymownych” świateł

Dostarczonych od strony skrzyżowania, a w kilka

Chwil – prosto nieba, kiedy stanęliśmy w deszczu

Meteorów. Czyżby czas leciał? Czyżby wystarczyło

Jedno ukradkowe spojrzenie na tablicę kontrolną

By przywołać się do kosmicznego porządku i –

 

Rozmowa telefoniczna? Pamiętasz? Ze wschodzącym

Słońcem za plecami, tak jak zwykle: nagle po tej naszej

Stronie… Więc dobrze, prędzej czy później spłoniemy

W dusznej atmosferze, zapięci na jeden z pierwszych

Guzików, wciśnięci w fotel, niezdecydowani. W połowie

Nieziemskiego gestu usłyszymy czyjś rozespany głos i

Nareszcie będziemy mieć do powiedzenia ni mniej, ni więcej.

 

 

 

 

 

Ślady

 

Wiem, że to za mało. Ten chłodny wieczór aż nazbyt

Przypomina czekanie na błąd w czyichś oczach, a nadzwyczajna precyzja

Z jaką coś rusza wreszcie z miejsca, z bliska okazuje się być jedynie

Ciemnością. Nocami śni mi się niewiele (jakbym chodził boso po lustrze

Miasta, z którego chciałabyś uciec). Więc powiedz, na co to wygląda

Kiedy rankiem zjawiam się znikąd, pytam, czy dobrze spałaś

I drżą mi ręce.

 

 

 

 

 

Spływ

 

                                      un herison, Istrice, der Igel

 

Spójrz; na Rajskiej są duże drzewa, to są chyba

Klony, przy krawężniku leży skrzywdzony przez szybkie

Na zagranicznych, niewesoły jeż. Mówią, że pogoda

Jest nieskomplikowana. W taką pogodę to tylko

leżeć i próbować rozwiązać problem, czyli być czymś,

czego nie ma. A może powinienem sobie

 

pozwolić na więcej? Po zmianie świateł

przejść przez ulicę, kiedy jeż odpłynął? A ja? A my?

Długo będziemy tu stać i moknąć? Próbowaliśmy

Otworzyć i nie mogliśmy, i teraz nie mamy. Powiedziała:

Zdradziłam cię we śnie, słyszysz? Jesteś zielony,

Masz morski piasek na sztruksach. Spójrz.

 

 

 

 

 

Transport

 

 

Czyim głosem jest głos osoby

Która całą noc nie zmrużyła

Oka nad ranem wysłuchała

Prognozy pogody w schodzącej

Tarasami audycji mżawki?

Teraz spakuj się i chodź bo

Czyim głosem jest głos osoby

Mającej odwiedzić Aglomerację

Azję przyszłości syntetyczny

Hangar smutku poruszający się

Według wieczorowej składni

Za hasłem cykad tak cykad

Na ekranie ostatnich miejskich

Parków w enklawie ostatnich snów?

Będziemy stać przy trasie wylotowej.

 

Potem festiwal ulic falujących

Sygnalizacją świetlną symulowaną

Woalką jak jezioro tuż nad trotuarem

Gdy oko brzegów przeciwnych

Nie sięga dna nie odróżnia od szczytu

Festiwal w eterze kiedy radio

Nada sygnał rozkładu współrzędne końca

Niebieskie rowery staną

Na klatce schodowej kamienicy

Czynszowej i to będzie nasz skansen.

 

Spakuj się i chodź.

Twoją dłoń puszczę

W świętującym godzinę

Szczytu tłumie złapię ją

Na jakiejś fali i nigdy

Nie będziesz wiedzieć

Czy ucięłaś sobie drzemkę

Czy pogawędkę czy masz

Wspólny sen czy też wspólny

Język z duszą na ramieniu

Według tego rozkładu

Naturalnie nigdzie.

 

 

 

 

 

Promenada

 

Już jutro nie będzie tej ściany lasu,

dokąd zniesie ją jesienny wiatr?

Już jutro nie będzie zielonej nocy

i fresku z liści pod chmurami.

W te przelotne dni, na krótkich spacerach,

co wolimy, babie lato czy pierwszy śnieg,

poruszone zdjęcia czy zerwaną kliszę?

 

W ciemni nocy nic się nie udaje, nawet cisza.

Chłód przychodzi od stóp i udajemy się w drogę.

Twoje proszki na sen są w łazience.

Ten biały wzór rozproszony na posadzce,

chwilę potem pod powiekami,

jednak za nic nie chce się przełożyć

na firmament ani nawet nieboskłon.

 

Pozostał tylko wzruszający horoskop,

musiał przyjść anonim i wszystko pogasić.

Więc jednak ostatni śnieg i urwany film?

Więc już nic ci nie przeszkadza, bo śpisz?

Naciśnij sobie szarą gwiazdkę, śnieżynkę.

Możliwe, że otrzymasz życiową propozycję.

W miłości czeka cię niespodzianka.

 

 

 

 

 

Montreal

 

 

We właściwym czasie? Na pewno po przebudzeniu

z długiego, mokrego snu, w którym panuje atmosfera

tak duszna, że prędzej postanowilibyśmy zaszyć się

gdzieś w środku lata z tabliczką zielonej czekolady

niż zacząć oddychać, a tym bardziej rozmawiać

o powietrzu. Zresztą, srebrne prześcieradła

powiewają wieczorem znacznie wolniej

 

nieprawdaż? Wertowaliśmy, odurzeni światłem, kwadraty

blasku, jak refren barwy schodziły o oktawę głębiej

pogrążone w światło głębi morskiej generacje dni letnich

alembicznych atmosfer, ech, wspomnień barw. Zatem

z całym pakietem efektów należnych przebudzeniom

z drzemki popołudnia, pamiętaj: to jest akwarium, a to okno.

I, choć nie możemy się odnaleźć, jesteśmy tuż obok

 

pętli tramwajowej, a dalej to już z górki, w sam środek

miasta o woni imbiru & cynamonu, prosto w centrum

labiryntu pulsującego z jednego snu w drugi światłami

oceanicznymi pod ruchliwym namiotem nocy. We

właściwym czasie (teraz, kiedy pełen jesteś zgiełkliwego

smutku) patrz, nie musisz nic mówić. Teraz leż, nie

musisz nic robić. Zupełnie jakby warto było wsłuchać się

 

w niebiański świergot taśmy lub kory. Rozchmurz się

daj sobie spokój z całą chemią i liryką apelu, posłuchaj

jakiejś rozbiegówki, albowiem nawet kosmici są czasem

zmuszeni do awaryjnego lądowania, James. Te ziemskie

falujące łąki pod rozgwieżdżonymi niebami robią nam

masaż stóp, lecz jaka ziemia każe nam aż poruszać się

tańczyć?

 

 

 

 

 

Boeing

 

W tym wariancie śnieg stopniał niepostrzeżenie.

W tym wariancie wczoraj w nocy zbudziłem sięz ustami

przytkniętymi do ekranu z wyświetlonymi chmurami.

Mogły dryfować tu od zawsze, w tym pokoju

Gdzie nigdy nie dane nam było dotknąć podłogi.

Dlatego teraz rozbierz się spontanicznie, krążąc po pokoju

opowiadając, co przytrafiło się chmurom tej nocy.

 

Mogły dryfować tu od zawsze, w tym wariancie.

Wszak prowadzisz mnie wyłącznie drogą zaskoczenia.

Samolot spada coraz głębiej w ekran i czyżbyśmy

Mieli się natknąć na pierwszą śnieżynkę na dnie?

Nie bardzo wiem, co by to miało oznaczać.

Ostatnią zimę możesz zachować dla siebie

ponieważ w środku życia zbudziłem się z ustami.

 

Dlatego tej nocy rozbierz się spontanicznie i naprawdę

chciałbym, żebyś była tu teraz, ponieważ przyszłe lato

zatrzymało się w echu, przytknięte do śnieżącej tafli.

Jestem po twojej stronie ekranu, kiedy nie ma już dokąd iść.

Dotykam wyświetlonej podłogi, ponieważ spada samolot.

Czy te oczy mogą kłamać? Podłoga mogła dryfować tu

Od zawsze, w chmurach, kiedy śnieg topniał niepostrzeżenie.

 

 

 

 

 

Tafla

 

 

Naturalnie, można też iść górą.

Można odkręcić kurek z zimną wodą i uciec.

Można usłyszeć lekkie stopy od strony jeziora.

Więc, piosenko, jeśli masz sposoby

Podróżować teraz ostrożnie

Pozwolisz, że postawię cię na szkle.

 

Tu jest zawsze chłodniej. Powietrze rześkie

I dyskretne jak widmo cysterny z płynnym tlenem

To znak, że człowiek w tych stronach stoi dopiero

U progu nowej kultury z jej nowym aromatem

Dopiero rozpoczyna wędrówkę po szlakach.

Czyżbyś również nie bardzo wiedziała

 

Gdzie zaparkowałaś i co? Istotnie, tutejsze łagodne

Pagórki, zielone łąki, ciche gaje, wytłumiony akord

Plam zachodzącego słańca światła na skrawku

Chodnika pod klonem: wszystko to wzięto

W taką formę chłodnego powiewu trasy

Że budzisz się na patio z niedowierzaniem

 

Przecierając oczy, by w chwilę potem zwrócić je

W kierunku ukrytego w ruczaju nurtu znaczeń.

Na ekranie pojawił sięfilm i nie wiem co robić.

Czy moglibyśmy razem zapatrzeć się

W zieloną diodę na końcu jakiegoś świata?

Już choćby sam widok sprytnych toalet

 

W migotliwych kolegiach lub na przydrożnych

Stacjach luminescencyjnych z ich wielkimi

Na całą ścianę lustrami, ustawionymi

Naprzeciw siebie! Tym, co wstaje spomiędzy luster

Są (kochanie) akweny lśniące blichtrem

Czczych domysłów na temat naszego wspólnego odbicia.

 

Kanały zmieniają siębłyskawicznie i spójrz, ucho

Które jeszcze przed chwilą zaparkowałaś w lustrze

Leży w trawie przy błędnej ścieżce.

A jeżeli wieczorem zacznie padać deszcz?

Jak się usłyszymy? Piosenko? Ponieważ

Morzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę

 

Jesteś teraz w małym telewizorze, w żółtej obudowie

Z zielonym ekranem, na antresoli. Trzęsawiska?

Nazwę cię czarownicą , jeżeli nie utoniesz.

Ja, owszem, tonę. Mam graniczące z pewnością

Wrazęnie ruchu przez odległe zielone kostki

Zbiorników na wodę, przez warstwy zapisu

 

Jak falujące skwery, zaludnione onegdaj

Przez mylne przeczucia i górnolotne wzruszenia

Ponad osiedlami na stoku szumiącego wzgórza,

do którego uśmiecham się długo po sezonie.

Ach, te wszystkie miny i zdania z legendy

Oraz pokryte rzęsą, niknące w mgnieniu oka

 

Skupiska wodne, jak pas zieleni pomiędzy

Pasmami trasy naszego szybkiego ruchu.

Tajemnica gładkiego jeziora prowokuje

Doprawdy ruchliwą wieść, wiecznie przybywającą

I zmierzającą wszędzie. Tymczasem geografia

Tych terenów przedstawia się już nieco inaczej.

 

Więc jeżeli kiedykolwiek jeszcze mnie zobaczysz

Będzie to tylko twoje odbicie, mój nowy adres.

Ścieżka mchu poprowadzi cięna dno tej biblioteki

A pierwsze skojarzenie sprzed lustra możesz zachować

Dla siebie o tyle, o ile uda ci sięzabrać je ze sobą

W podróż ostatniego dnia na końcu jakiegoś świata.

 

 

 

 

 

Gorączka

 

Byliśmy na dobrej drodze jeszcze kilka

dni temu. Pod stopami czuło się maleńki pożar

dzięki czemu wiedzieliśmy, którędy iść i które ciepłe

słowa przywołać. Dzisiaj po złogach śniegu i sadzy

dojdziemy  do mostu; tam jeszcze trochę pomarzniemy

porozmawiamy, aż zaczniemy chrząkać i kaszleć

łudząc się, że to przeziębienie.

 

 

 

 

 

Atari

 

1.

 

Patrzyłem jak się zmieniasz

Patrzyłem jak się zmieniasz

W migające światła na przejściach

W akwenach światła u wylotu ulic

Widziałęm film bardzo dokumentalny

Widziałem gwiazdy przez filtr deszczu

Film dla reszty gwiazd i wszystkich

Figur świata które zwykłem widywać

 

2.

 

Na jesiennym tarasie dni

W panoramicznym oknie

Widzieliśmy kątem oka

Zieloną noc i na oddalonym

Stąd o rzut serca lotnisku

Był start wszystkich snów

 

Widzieliśmy jesienny świat

Na piękne oczy snów

Ćma rzutkim mrokiem

Przesłoniła zieloną noc

Tarasem był program

Przesłaniem zakończenie

 

Przesłanie rzutkim mrokiem

Przesłoniło tchnienie od lasu

Wilgotną panoramę serca

Zakłócił program świtu

Nawet w obliczu startu

Taras świata oddalony

 

3.

 

Nie mam pomysłu na manowce

Które wymknęły się z pola widzenia

Odkąd zamieszkałem w basenie

By rozpocząć swoje życie od nowa

 

 

 

 

Hammamet (1914), esplanada

 

 

                                                           Klee

 

            Wszystkie rośliny podobne

Do soczystego słońca brzmiącego w dolinie?

Czyżby światło na tyle zawróciło nam w głowach

by wszelkie niesłychane instrumenty dęte

zgromadzone w mieście, nie zdołały oddać tego

 

wschodu traw? Muzyka spłynęła na mnie

sponad wód, powiedział ktoś nieopodal i nagle

porzuciłeś Munchen dla tamtej Tunezji? Co jeśli

wielka ucieczka nie jest niczym innym niż światłem

a sytuacja śni sen dla portowego miasta? I ów wysoce

naelektryzowany jęk wody, a raczej pary, pod

prysznicem błądzi po chwili własnymi ścieżkami

pośród ulic wschodzących, hm, liśćmi placów.

Zielone słońce przenika jego przypuszczenia.

 

 

 

 

 

Kontynent

 

„Jeżeli masz jakiś plan powrotu

przegapię najwyżej kontynent, przejdę

przystanek, otworzę usta i nie odpowiem na pytanie

na które nie znam odpowiedzi”.

 

Ale nie masz już planu, na całe szczęście

Rozmieniłeś go w kiosku na dwadzieścia

Papierosów. Teraz, owszem, połknąwszy monetę

Wystarczy nie ruszać tylka z miejsca

 

Otworzyć usta i czekać na odpowiedź.

 

 

 

 

 

Plan

 

kiedyś nawet kierowcy poznikały wszystkie

cyfry z wyświetlacza i zamiast nazwy ostatniego

 

przystanku pokazały się migające kreski autobus

pruł ciemność jak fale po lodzie oddalając się

 

od centrum ponieważ kiedyś komuś wystarczająco

się poprzestawiało i ktoś spróbował na planie

 

połączyć dwa punkty pomiędzy dźwiękiem

a wydającym go kolorem dokładnie w ten sam

 

sposób w jaki ciepła burza ta nagła podróż

w kierunku morza połączyła legendarnych ich i

 

właśnie wtedy w czymś na kształt tunelu metra

powiedział do siebie jeszcze bardziej dobrze jest

 

dojść do punktu który od pewnego czasu był

jedynym punktem odniesienia zupełnie niełatwo jest

 

odróżnić dotyk od dna morza kiedy suchy ląd

ucieka spod stóp zresztą daleko stary nie zaszedłeś

 

moknąc od stóp do głów tymczasem „gdzie indziej”

nocą ćmy tysiącami lgnęły do świateł na przejściach

 

czerwone morza  rozstępowały zaraz po pomarańczowych

w gruncie rzeczy tuż przed zielonymi ktoś jechał

 

prosto w centrum nocy albo idąc trzymali się za ręce

 

 

 

 

 

 

Kolacja w ogrodzie

 

 

            A jeżeli wieczorem zacznie padać deszcz?

Czy będziemy tchnienie mylić z przelotem ćmy,

czy ciszę z muzyką mokrych liści i lotnych cieni?

            Będziemy cofać się pod światło wśród

odchodzącego szumu wielu niepotrzebnych

czynnośći i naprawdę niedobrych nawyków,

nasłuchując kroków od szpaleru granicznych drzew.

 

Tymczasem wyglądamy przez panoramiczne okno.

ono oczywiście wychodzi na ogród, wzgórza

nie maja nazw, a rzeki płyną nie wiadomo dokąd.

Ostatnie niepotrzebne czynności jak iskry przed burzą

torują sobie drogę przez zmierzch.

 

Och, przed kolacją w ogrodzie weźmiemy kąpiel.

Już latają sztućce, „iskierki”, skalmary luminescencji,

Żywe obrazy przedstawiające zapomnianą melodię,

Co przygrywa srebrnej zieleni opływającej dosłownie

Wszystko i daj mi ostatnią chwilę, a w listopadzie widzę

Czerwone światło sierpnia i słyszę płacz.

                                                           Czy to już deszcz?

Czy w szybie snu, w który schodzimy razem czy osobno?

 

Tutaj w ścianach wilgoci i turkusu wszyscy już jesteśmy

Wyjątkowo anemiczni, chłodne tchnienie od szpaleru

daje się we znaki, więc nie zapomnij mnie pocałować,

słodyczy. Powinnas się włączyć i coś osiągnąć, powinnaś

zmienić lub zatrzymać moje życie,

                                                     czy właśnie to robisz?

Czy przyszedł jakiś list i pokrzyżował wszystkie plany?

 

 

 

 

 

Prowincja

 

 

Jeżeli kiedyś ocierałeś się o odwrócone dno

Jeżeli ocierałeś sięo odwrócone dno

Snu jeżeli pływałeś mijałeś sięz muzyką

Szemrzącą po szklanych piętrach

Pasażach nocy i jeżeli świtem dałeś słowo by

Potem odwiesić słuchawkę i wskoczyć

Do rzeki by z siebie ułożyć światłowód

Niech wolno mi będzie przypomnieć ci to

 

Jeżeli spotykałeś w szklanej kuchni

Kobietę na której ci już nie zależy

Jeżeli mijałeś się kiedyś z kobietą

Wśród spadających w spowolnionym

Tempie i cukrowym świetle talerzy

Chromowanych noży posępnych dni

Niech wolno mi będzie opowiedzieć ci

O pewnym rodzaju nocy i przemocy

 

Jeżeli teraz odchodzisz w tamtą stronę

Jeżeli wolno powracasz w przestrzeń

Otwartą echem wszystkich zmysłów

Odkąd odszedłeś od nich i od niej jeżeli

Masz przed sobą i masz za sobą

Morze snów ulotnych i szklanych dni

Niech wolno mi będzie opowiedzieć ci

O pewnym rodzaju wiatru

 

 

 

 

 

Getsemani

 

                        (Mar. 14, 34-41)

 

Smutna jest dusza moja aż do śmierci.

Zostańcie tu i czuwajcie ze mną.

Oczy i usta na spektrum możecie zostawić

albo też pryncypialnie przekreślić

dodając odrobinę świetlistego pyłu.

Prawa stopa niechaj będzie jak śnięta ryba

albowiem moment jeszcze

a stanę na kratce ściekowej

pośród fosforycznego skrzyżowania.

 

Sygnał zsuwa siępo szlaku w odmęty

precyzyjny jak śnieg wycisza widma

po jednym i po prawej mam pył na próbie

kiedy nadchodzi jasny anonim.

Daję się namierzyć na wejściu, więc ruszaj.

Ach, jak gładko przejdziemy w krajobraz.

 

Tutaj rzucono pod stopy nieprześcigłe

rastry, co pod czułym dotknięciem dni

idą przodem w ślad za sygnałem.

Śpicie jeszcze i odpoczywacie.

 

 

 

 

 

Skansen

 

 

Czy nie wydaje ci się, że zasypiasz?

 

Czy nie wydaje ci się, że zasypiasz?

 

W okolicy portu szklarnie zasnuł

 

Szron w eterycznym ujęciu i znów

 

Nie widziałeś tego „wszystkiego”?

 

Znów cię tu nie ma, pod tym neonem.

 

Oczywiście o nic tu nie chodzi.

 

Oczywiście chodzi tu o Pomarańcze.

 

 

 

font-family: arial, helvetica, sa

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się